Szybciej
Dodane przez olek dnia Listopada 09 2008 10:00:01
Szybciej...
- Szybciej! - wrzeszczał Rafał Dąbrowski do mojego kolegi, Piotrka Fedorowicza. - Szybciej! Mógłbyś chyba odrobinkę przyspieszyć, co?
- Sta... ram... się... - dyszał Piotrek.
Zrobiłem kwaśną minę. Nigdy nie lubiłem Rafała. Znam go od 3 lat, ponieważ co roku jeździmy na ten sam obóz sportowy, i za każdym razem nie okazywał swoim rówieśnikom niczego poza pogardą. Z drugiej strony może ktoś taki jak on ma do tego pełne prawo? W każdym razie ja uwolniłem się od jego niesmacznych komentarzy, bo przedwczoraj złamałem na zboczu palec u nogi. Towarzyszyłem moim kolegom z drużyny na rowerze.
Rafał krzyknął przez ramię do Piotra:
- Pospiesz się! Biegnij, a nie truchtaj!
Biegnący jeszcze dalej z tyłu nasi znajomi usłyszeli wołanie Rafała i stroili różne miny albo potrząsali głowami. Rafał coraz bardziej oddalał się ode mnie i biegnącego obok Piotrka, który za wszelką cenę starał się go dogonić. Na próżno.
- No to żegnam! - oznajmił Rafał drwiącym tonem i przyspieszył kroku.
Rafał Dąbrowski dosłownie frunął nad ziemią przez łąkę, pod górę. Choć przebyliśmy już razem z cztery kilometry, wcale nie wyglądał na zmęczonego. Był to jeden z codziennych jego treningów, tak zwany chleb powszedni. Jeden z codziennych treningów zwycięzcy maratonów, gwiazdy bieżni i, daję głowę, przyszłego mistrza olimpijskiego. Nie wyobrażam sobie, by ktokolwiek poza nim mógłby być zwycięzcą w biegach, w których on brał udział. On dobrze o tym wiedział i właśnie ta niezachwiana pewność siebie dodawała mu sił i stawiała na czele.
Więc nie przejmował się niczym i w równym, wyćwiczonym tempie, przemierzał piękne okolice Lutolu. Przypomniał sobie jak to trenerzy upominali nas, abyśmy trzymali się razem i nie pogubili w lesie. I jak doradzali w jaki sposób zachować się w sytuacji zetknięcia się oko w oko z dziką zwierzyną. W sumie to nie wiedziałem co wilki, niedźwiedzie lub nawet wystraszone łosie mogłyby zrobić Rafałowi. I tak był w stanie im uciec. Doprawdy nie wiem czy któreś z nich mogłoby go złapać. Wierzę, że nawet w pełni sił nie przegoniłbym go nawet na rowerze.
- Miłego podziwiania moich pięt! - rzucił za siebie pod naszym adresem. Mknął przed siebie niczym maszyna.
Właściwie poza jednym drobnym minusem Rafał był biegaczem idealnym. Nawet na najtrudniejszych zawodach i najbardziej wymagających trasach biegł lekko, jakby bez najmniejszego wysiłku. Ale czy arogancja i zarozumialstwo to rzeczywiście takie okropne wady, gdy jest się rzeczywiście biegaczem wysokiej klasy?
- On biega jak cholerny robot. - wydyszał Piotrek, łapiąc się za pierś.
- Aha. A jak się nadyma! Mam już tego kolesia serdecznie dosyć. - pokręciłem głową.
Tymczasem poza zasięgiem naszego wzroku Rafał w milczeniu przyspieszył bieg. Oczywiście nie oglądał się. Nikt i nic nie mogło go dogonić. Dlatego też bardzo się zdziwił gdy usłyszał za sobą czyjeś kroki.
Uśmiechnął się do siebie. Ach, ten Piotruś, pomyślał. Nigdy się nie poddaje. Kiedy jednak zwiększył tempo kroki za jego plecami nie ucichły, tak jak się spodziewał. Zniżył się więc do tego czego nigdy jeszcze nie zrobił. Obejrzał się.
Za nim nie było nikogo. Liście lekko szeptały na wietrze.
Zwolnił na moment, zdumiony. Dopiero teraz zdał sobie sprawę z tego, że wciąż ma otwarte usta. Domknął je, po czym ponownie obejrzał się przez ramię.
Nic.
Droga za jego plecami była długa i kręta. I pusta.
To tylko moja głupia wyobraźnia. Ubzdurało mi się, że jakiś frajer może dorównać mi kroku, pomyślał. Nigdy w życiu.
Odwrócił się na pięcie i rzucił okiem na leśną dróżkę, która wiła się przed nim w górę zbocza. Rafał skoncentrował się całkowicie na biegu, nie chciał zgubić swojego rytmu. Nie mógł przecież dopuścić do tego, aby w mięśniach zaczął mu się odkładać kwas mlekowy. Nie był amatorem. Po chwili zaczął się obficiej pocić, w jego oddechu można było usłyszeć ciche chrapanie, a krew poczęła mu pulsować w skroniach. Głuche uderzenia stóp w leśną ściółkę wypełniały jego uszy.
Jak i odgłos kroków za jego plecami.
Tup, tup, tup...
Momentalnie się zatrzymał i błyskawicznie posłał za siebie spojrzenie. I wciąż nic. Poczuł strużkę potu na plecach, która miała swe źródło nie w zmęczeniu, lecz w strachu. Wpatrywał się w las aż do załzawienia oczu.
- Piotrek? Adam?! - zawołał.
Cisza. Odpowiedział mu tylko wyraźniejszy szelest liści, nikt nie wybiegł zza najbliższego zakrętu. Podjął więc bieg.
I znowu usłyszał kroki.
Zatrzymał się, splótł ręce na piersi, aby opanować ich drżenie i oznajmił drżącym głosem:
- Ej, chłopaki! Wystarczy już tych głupich żartów, co?!
Czekał cierpliwie. Ale nikt nie nadbiegał, a ja nie nadjeżdżałem. Bo byłem półtora kilometra za nim zastanawiając się, czy dalej trzymać się z Piotrkiem i chłopakami, czy spróbować gonić Rafała. I przekazać mu, że trener kazał wszystkim zawrócić do obozu. Robiło się ciemno, a ja zacząłem się niepokoić. Pies go wąchał, powiedziałem w myślach. Na samą myśl, że miałbym samemu przemierzać te dzikie okolice w poszukiwaniu tego... kogoś, przechodził mnie zimny dreszcz. Nie lubię się bać.
- Robi się późno - wysapał Piotrek. Po kilku sekundach dodał: - Lada moment pewnie napotkamy naszego kochanego Rafałka, który jak zwykle będzie miał dla nas kilka ciepłych słów zachęty.
Skrzywiłem się lekko.
Powyżej w miejscu, którego nie mogłem dojrzeć, biegł Rafał. Nie przestawał nasłuchiwać. Tak, z pewnością słyszał czyjeś kroki. Jakby ktoś... lub coś go śledziło. Obserwowało. Nie spuszczało z oka.
Pewnie jakieś diabelne zwierzę, powiedział do siebie Rafał, mogę przed nim przecież uciec. Przechytrzyć.
Wyrównał krok. Dopiero wtedy zauważył, że robi się ciemno. Czas wracać.
Lecz znowu je usłyszał. Równomierne niczym bicie serca, ale znacznie bardziej złowieszcze. Żadne zwierzę tak nie biega. Ktoś go śledził. Zdał sobie wreszcie sprawę, że minął dotychczasowe miejsce nawrotu. Znowu przypomniał sobie słowa trenera:
- Trzymajcie się razem, nie znacie tych okolic. To bardzo dobre miejsce do biegania. Ludzie trenują tutaj już od dawna, ale to nie znaczy, że macie się rozdzielać.
Zawrócił.
Coś biegło po ścieżce w jego stronę. Migotało pomiędzy gęstymi drzewami. Zza grubego jak beczka drzewa, oddalonego o jakieś pięćdziesiąt kroków wyjrzało... nic. To sen, przeleciało przez głowę Rafała. To koszmar. Obudzić się. Wrzasnąć i obudzić się. Wrzasnąć. Wrzasnąć. Wrzasnąć. Poczuł przerażający oddech czegoś nieludzkiego.
I wtedy to coś zawyło. Wrzasnęło przeraźliwie. Podleciało do niego.
- Szybciej! - jęknęło. - Szybciej!
Rafał odwrócił się na pięcie i zaczął uciekać. Biegł ciągle w górę, między głazy i drzewa. Dotarł wreszcie na ogołocony z roślinności grzbiet i spojrzał z przerażeniem na ogromną ciemną dolinę, rozciągającą się u jego stóp.
Daleko w dole świeciły się światła obozu.
Właśnie w tym momencie spojrzałem w górę.
- Patrz! - zawołałem w stronę Piotrka i wyciągnąłem rękę
Na tle nieba wyraźnie widać było maleńką sylwetkę biegacza. Zdawała się lecieć pod górę, choć brakowało jej tej niewymuszonej swobody, z jaką poruszał się Rafał.
- Daje z siebie wszystko - powiedział Piotrek. - Naprawdę mu na tym zależy.
- Próbuje nas wykończyć psychicznie - odparłem. - Czekaj! Patrz!
- Co?
- Wydawało mi się - próbowałem przebić wzrokiem gęstniejący z każdą chwilą mrok. - Wydawało mi się, że widziałem kogoś jeszcze, tuż za nim.
- Nie ma tu nikogo oprócz nas i tych cholernych niedźwiedzi.
Nie byłbym taki pewien, przeszło mi przez myśl.
Wysoko nad naszymi głowami Rafał wciąż biegł. Czasami to coś zbliżało się do niego i chłopak czuł na plecach zimny oddech. Czasami zdawało się, że zostaje w tyle. Ale gdy tylko odważył się obejrzeć za siebie, to zawsze tam było. Poganiało go bez wytchnienia krzykami wściekłości i przerażającej radości.
- Szybciej! - wołało mrożącym krew w żyłach głosem.
Rafał nigdy nie zaprzestał swojej morderczej ucieczki. Nic innego się nie liczyło, tylko bieg. Czasem jednak oglądał się za siebie i odpowiadał śledzącej go bez skrupułów maszkarze:
- Biegnę najszybciej, jak potrafię.
Artykuł był czytany : 305 razy
Autor: Adam Pura